Transmitowana dziś w TVN audycja, ujawniająca możliwe motywy działania byłego szefa MSWiA w sprawie przecieku dot. tzw. afery gruntowej nie jest arcydziełem dziennikarstwa śledczego. Wiarygodności nie przydaje jej ani mroczna muzyka, ani offowe ujęcia, ani również anonimowość wielu przepytywanych w niej osób. Dużo jednak można wywnioskować po reakcjach Pana Kaczmarka na wyemitowany materiał.

Pan prokurator Kaczmarek był łaskaw z grubsza potwierdzić sąd mec. Piotrowskiego, jakoby za rządów PiSu na szczytach władzy zainstalowała się grupa przestępcza, a niektóre nieformalne narady i rozmowy przedstawicieli aparatu władzy przypominały knowania mafii z filmów gangsterskich. Przyznam, że dosyć śmieszne wydają mi się te zarzuty, gdy padają one z ust człowieka, który – zakładając prawdziwość ustaleń autorów programu – po kryjomu spotykał się m.in. ze znanym biznesmenem „od zamówień publicznych” w pomieszczeniach tajemniczej kliniki dość oryginalnego znachora, który notabene przepadł później bez wieści. Prawdziwym popisem wiarygodności Pana Kaczmarka był maligniany słowotok, w który wpadł w reakcji na prośbę redaktora Sekielskiego o jednoznaczną odpowiedź na temat spotkań z Panem Krauze. Czy widzowie to pamiętają? Czyż nie jest zwykłą statystyką, banalnym zbiegiem okoliczności, że ktoś leczy się u tego samego cudotwórcy, co Pan Krauze; korzysta z usług tego samego „mistrza krawiectwa”, co Pan Krauze i odwiedza tego samego „weterynarza od psów i kotów”, co Pan Krauze wraz z żoną? Na tym nie koniec. Czyż każdy z nas nie rozpoznałby dobiegającego zza ściany głosu osoby, z która wcześniej rozmawialiśmy jedynie 2 razy w życiu tak, jak Pan Kaczmarek rozpoznał głos Pana Krauzego? Gdzie tu sensacja? Chyba nawet redaktor Sekielski zaczął tracić cierpliwość do tych niestrawnych idiotyzmów.

Jedna rzecz zastanawia. Tuż po audycji Kaczmarek wyraźnie odetchnął, rozluźnił się i nie potrafił pohamować szerokiego uśmiechu. Czyżby dziennikarze Newsweeka i TVNu coś jednak zgubili po drodze?